Księżyc
O świetle. Tym własnym i tym odbitym.
Najciekawsze rzeczy dzieją się na stykach.
Na styku łąki i lasu jest najprzyjemniej.
Na powierzchni kropli powstaje napięcie, które tę kroplę tworzy.
Na horyzoncie czarnej dziury zatrzymuje się czas (przynajmniej dla zewnętrznego obserwatora).
Na granicy bólu i komfortu dzieje się rozwój.
Kiedyś tak myślałem. Dzisiaj myślę, że tak naprawdę to: wszystko dzieje się na stykach.
Ruch i zmiana odbywają się zawsze względem punktu odniesienia.
Cząstka elementarna ujawnia się kwantowo dopiero w zderzeniu z drugą cząstką (kolaps funkcji falowej).
Rzeczywistość emanuje się w kontakcie z obserwatorem.
Życie odbywa się w relacji z drugą istotą.
W ciągu ostatnich 22 lat dotknąłem wielu różnych narzędzi terapeutycznych.
Wchodziłem na różne, pozornie sprzeczne ze sobą ścieżki. Byłem w 4 nurtach psychoterapii, brałem prawie wszystkie dostępne antydepresanty, eksperymentowałem z psychodelikami, praktykowałem 3 formy jogi. Były też kręgi, podróże szamańskie, wolontariat, impro, breathwork, posty, vision questy, ustawienia hellingerowskie i pewnie jeszcze kilka innych.
Często robiłem to równocześnie, niczym szalone neutrino w superpozycji stanów. Nie zważając na zasoby, próbowałem być w wielu miejscach naraz. Rzadko się to udawało, częściej były to bolesne zderzenia z ciężkimi jądrami materii. Niemniej, wszystkie te narzędzia istotnie przyczyniły się do mojego zdrowienia.
Dziś, z perspektywy zewnętrznego obserwatora horyzontu zdarzeń, jedno jest dla mnie bardzo jasne. Bo, jeśli istnieje jakaś cecha wspólna tych medycyn, jakość która przyniosła mi prawdziwą zmianę, to jest to oczywiste:
Styk. Zderzenie. Kontakt. Relacja.
Nauczyciel. Obserwator. Przyjaciel.
Elektron wybierający szczelinę.
Oko patrzącego. Ręka trzymająca za rękę. Światło odbite od tafli Mare Tranquillitatis.
Drugi człowiek. Druga istota.
To relacja z nią pozwala dostrzec to, czego nie widzę. Energia od niej odbita pada na te kawałki, które potrzebują tego najbardziej . Dzięki niej mogę usłyszeć głos, który dotąd wiązł w gardle. Poczuć zapachy, które napawały mnie obrzydzeniem. Z kwantową precyzją namierzyć i uchwycić cząstki, które były rozproszone. Wszędzie i nigdzie.
Z odwagą, pokorą i cierpliwością spojrzeć na ciemną stronę księżyca.
I wreszcie wreszcie wreszcie zobaczyć. Drugiego we mnie. Mnie w drugim.
Siebie. W pełni. W połączeniu. W relacji.
Choćby przez ułamek sekundy. Tyle wystarczy.
Wierzę, że każdy ma do tego dostęp.
Bo to jest w każdym z nas.
Wielkie okno na świat. Wąska szczelina istnienia.
A gdzie reszta tej historii? - spytasz.
Resztę dopowie księżyc.
